Przez niebo przewalał się ołów. Gotował się kłębiastymi wyspami mroku spomiędzy których, gdzieniegdzie, rozbłyskiwały jasnosrebrzyste plamy. Zdawało się, że gdyby wicher zdarł w końcu ten ołowiany bulgot, przegnał poza horyzont, to niebo stałoby się zupełnie białe. Białe niczym dno wyschniętego jeziora pokrytego skorupą lśniącej soli. Tak się jednak nie stało. Srebrne plamy zniknęły, a wraz z ich unicestwieniem na ziemię zaczął padać mokry śnieg. Ściemniło się jeszcze bardziej. Na zamkowych strażnikach nie robiło to żadnego wrażenia. Stali nieruchomo pod osłoną muru, patrząc w dal zdrewniałymi oczyma.

Piotr Walczak