Początki świątyni giną gdzieś w mrokach dziejów. Stoi samotnie na wapiennym wzgórzu otoczona kruszejącym murem i wieńcem drzew. Jest początek czerwca, świeci słońce i jest gorąco. Wchodzę przez gotycki portal do środka. Zanurzam się w przyjemnym chłodzie półmroku. Wnętrze jest niemal puste, ale ściany zdobią czerwono-czarne malowidła. Mają ponoć 650 lat. Plamy ludzkich postaci i zwierząt, czarne krzyże zamknięte w okręgach. Każdy fragment chropawego muru opowiada jakąś historię. To biblia pauperum – biblia ubogich. Objaśniała Pismo Święte niepiśmiennemu ludowi. Światło dzienne wpada tu tylko przez dwa małe okienka. Tworzy świetliste smugi i oblizuje jasnymi plamami posadzkę z piaskowca. Jest coś w tym miejscu. Coś nieokreślonego. Coś, co za każdym razem odkrywam na nowo. Jakaś emanacja tych wszystkich istnień, które w tym miejscu się modliły, przeżywały chwile radości i smutku. Lubię tu być…

Piotr Walczak