Wspomina Helena Sojda, Gacki k. Szydłowa

Nagranie audio powstało w ramach przedsięwzięcia „Szydłów – Dziedzictwo zmysłów. Cyfrowo-ekologiczny szlak kultury” realizowanego przez Miejsko-Gminne Centrum Kultury w Szydłowie w ramach Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności (KPO). Wszystkie nagrania znajdą się w aplikacji webowej.

Wspomnienia z Szydłowa, odcinek 1

Skrócony zapis wspomnień

Ja pamiętam z mojej młodości, z mojego dzieciństwa – to, co opowiadali rodzice, i o tym mogę mówić. O tych obyczajach, jakie były u nas, bo jako dziecko pamiętam to bardzo dokładnie.

Mój Tato zawsze, jak wstawał rano, mył się do pasa, mówił pacierz. To było na sto procent. Potem zaczynał obrządek, ale kiedy przychodziły żniwa albo czas przed siewem, zawsze wychodził w pole. To było najważniejsze u rolników. Wychodził, kropił pole święconą wodą, żegnał się i rzucał pierwszą garść. Dopiero potem zaczynała się praca w polu.

Kiedy były żniwa, pierwsze co robiono, to ścinano zboże sierpem. Snop tego zboża później znajdował się w domu w Wigilię. Przynoszono go z wielką świętością, stawiało się w rogu – to było najważniejsze. Chleb dany na cały rok dla całej rodziny.

A później, jak już było po żniwach, wiadomo – kopanie. Ludzie schodzili się razem, pomagali jedni drugim. A kiedy przychodziła zima, no to wiadomo – gęsi już były. Skubało się gęsi, darło się pierze. Było dużo takich spotkań. Wtedy rozmawiali o tym, co działo się tu w czasie wojny.

To był 1940 rok, kiedy prawie cała wieś została spalona i wysiedlona do Kłody – na cały okres wojny. Wieś była spalona całkowicie. U nas był dom nowy, bo dziadziuś pracował pięć lat w Buenos Aires. Przyjechał stamtąd, miał pieniądze. Wybudowali piękny, czteroizbowy dom. Podobno było przepięknie zrobione. Ale wszystko było spalone. Bomby spadły i wszystko się spaliło.

W 1943 roku moja babcia została zabita przez Niemca. (Po jednej stronie byli Niemcy, po drugiej Ruscy). I tak się stało, że dom był spalony, wszystko było spalone i nie było do czego wracać. Mama mówiła, że nocami przychodzili – jak zostały jakieś ubranka czy coś innego, to zabierali. Ziemniaki były przemarznięte i takie się jadło.

Po wojnie pamiętam tylko tyle, że kiedy chodziłam do szkoły, nie miałam nic. Buty nosiłam po cioci. W szkole też bywało różnie – była pewna osoba, która mówiła nam historię zupełnie inaczej, niż podawały książki.

Dużo się działo. Dzieci się spotykały, rozmawiały, rodzice też rozmawiali. Młodsi spotykali się ze starszymi. W niedzielę po jednej stronie siedziały kobiety z dziećmi, po drugiej dorośli – rozmawiali. Taka jedność była we wsi. Jedni drugim pomagali.

Chodziliśmy też do kościoła. Pamiętam, że chodziliśmy po murach. Dla nas najważniejsze było to, jak przygotowywaliśmy się do Pierwszej Komunii Świętej – to chodzenie po murach. Wchodziliśmy wysoko, po murach dochodziliśmy aż na Bramę Krakowską. Nie zdawaliśmy sobie wtedy sprawy, że mogło to być dla nas jakieś zagrożenie.

Wspominała Helena Sojda, wywiad przeprowadziła Joanna Mas